poniedziałek, 23 lutego 2015

Sobota rano ... a ja muszę ...

Sobota rano ... a ja muszę
W sobotni poranek przemykam sennymi uliczkami, a niczym cień kroczy tuż tuż obok, myśl o zewnętrznym przymusie, który pcha i pcha ... moje "muszę". Zostało ze mną to słowo wśród myśli, gestów i uczuć weekendowych, plątało się i miejsca dla siebie nie znalazło. Miejsca nie znalazło, bo ja nic nie muszę ... lecz chcę, to moja osobista decyzja, mój osobisty wybór. Pewnie najłatwiej jest rzucić ... muszę,  to słowo klucz załatwia wszystko, mówi wszystko i zamyka dyskusję ... no i oczywiście zdejmuje odpowiedzialność za tu i teraz wskazując na zewnętrzne "coś", tak łatwiej, prościej. Ale czym dłużej to "muszę" łazi za mną i smędzi ponurym marudzeniem tym wyraźniej widzę swój wpływ, kiedyś pojawiła się myśl, za nią powędrował gest, a teraz przybyło uczucie ... skażone tym "muszę". Czas oczekiwania na efekt, czyli to pomiędzy myślą, a jej realizacją często  i tym razem okazał się bardzo długi, rozciągnięty jak stara guma w gaciach ... tak, tak ... można więc zapomnieć o co tak naprawdę chodzi ... Można zapomnieć, że wiele wiele gestów potrzeba uczynić ... ale nie muszę, mogę wybrać inną myśl, podjąć inną decyzję ... podążyć inną drogą, bo zawsze jest jakiś wybór i jakaś decyzja ... ot chodzi o tę jedną i odpowiednią ... wówczas nie ma, ja muszę, jest ja chcę ... i każdy dzień będzie super hiper .... nawet poniedziałek ...


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza